Spotkaliśmy starą znajomą Wufka, bokserkę, na porannym spacerze. Bokserka
jest w wieku Wulfiego, ale od jakiegoś czasu zaczęła kuleć, ledwie
powłóczy tylnymi łapami i w ogóle bardzo się zestarzała. Z tego powodu
raczej trzymam Wufka na smyczy przy spotkaniach.
Jednak tego dnia Wulfy tak się rwał do powitania, że puściłam smycz. Ale
widzę, że pan zapina sukę na smycz i... bierze jej zad między nogi. Oho!,
pomyślałam, cieczka. Wulfy dopadł sukę i... gdyby nie powaga sytuacji, to
scena była dość śmieszna. Bo i Wufek wskoczył na zad suki. Tak więc i pan
i Wufek starali się o wyłączny dostęp do zadu ;-)
No dobra, pospieszyłam panu na ratunek i zabrałam Wufka. (No czasem człowiek
musi stanąć na drodze interesu własnego psa! ;o))))))))))))))
Odeszliśmy stamtąd z dużym trudem, a właściwie żeśmy nie odeszli, tylko
stoczyli walkę na spryt i rozsądek z siłą chuci. Pies usiadł. Mocnym siadem
i nie było siły, żeby go wstać, chcąc zawrócić. Rzewnym wzrokiem
odprowadzał sukę. (Którą pan natychmiast jak odeszli, spuścił ze smyczy;
na nic lata przekonywania, że musi być z daleka widoczny sygnał wzrokowy, że
suka jest w cieczce). Zmieniłam kierunek nalegań i udałam, że ruszam w
stronę suki. Wyfek ochoczo podniósł zadek. Wtedy przypomniałam sobie, że
obroża jest jak zwykle luźno i w oczach pojawił mi się widok mojego psa
zgrabnym ruchem wycofującego głowę z obroży. Zatrzymałam się i zapięłam
obrożę o jedną dziurke ciasniej. Ale i to nie gwarantowało pojawienia się
chęci do powrotu. Z trudem żeśmy wracali, oj z trudem.
maria i wufi